         |
Spółdzielnia Koncertowa

O tym, że w Spółdzielni Literackiej dzieje się dużo, i to dużo dobrego, przekonać się można od dłuższego czasu. Wykłady, projekcje filmów, koncerty... Nie mówiąc już o możliwości zwyczajnego wypicia dobrej herbaty tudzież kawy, posilenia się czymś smakowitym, czy też poczytania jednej z książek, które towarzyszą gościom na każdym centymetrze kwadratowym tego lokalu.
Nie piszę tego bez konkretnej przyczyny, bowiem w zeszłą sobotę zakończył się w Spółdzielni Projekt KZO, czyli, jak można było wyczytać w spółdzielczej broszurce, trzydniowa sesja imprez kulturalnych odbywających się w ramach promocji nowego, 16. numeru kwartalnika "Korespondencja z ojcem". W ciągu tych trzech dni można było wziąć udział w dyskusji pod hasłem "Tęsknota za prostotą życia", przyjść na spotkanie literackie z Tadeuszem Dąbrowskim oraz spróbować swoich sił w slamie poetyckim z plackami w formie poczęstunku. Mnie jednak najbardziej interesowały koncerty, czyli występy projektu Mananasoko, zespołu PopEnd i Tymona Tymańskiego solo. Zdołałem zobaczyć pierwsze i ostatnie wydarzenie.
Mananasoko to projekt bardzo dobrze mi znany, bowiem miałem wcześniej okazję porządnie się zaznajomić z debiutancką epką "Uwaga Kanibalizm!", a także zobaczyć go trzykrotnie na żywo. Przesyt, powiecie? Nic podobnego, ponieważ to, co zobaczyłem i usłyszałem 11 lutego, było dla mnie najlepszą jak dotąd godziną spędzoną z muzyką Maćka Wojnickiego. Występowanie tego wieczora najwyraźniej sprawiało muzykowi dużo przyjemności. Przy pomocy Maca i licznych efektów zapętlał melodie swoich skrzypiec, elektroniczne sample, a nawet klaśnięcia i swego rodzaju beatbox. Teksty piosenek były proste i osobiste. Za pomocą owego kolażu tworzył on swój własny świat, w którym łączył szarość życia codziennego, pełną kłótni i prozaicznych nieporozumień, z ezoteryczną atmosferą.
Ostatnim, zamykającym trzydniową serię wydarzeń artystą, był Tymon Tymańskim. Obawiałem się tego, co mogłem usłyszeć z ust żywej legendy trójmiejskiej sceny, bowiem ostatnie zetknięcie z Tymonem solo było bolesne dla moich uszu. Teraz na szczęście wyszedłem bez szwanku i doznałem pewnej dozy przyjemności słuchając śpiewającego i grającego na gitarze klasycznej Ryszarda (bowiem takie jest jego prawdziwe imię) Tymańskiego. Repertuar był jak najbardziej standardowy. Nie zabrakło szlagierów, w tym "Jesiennej Deprechy", ale dla mnie największą atrakcją były liczne covery. O tym, że Tymon jest wielkim fanem czwórki z Liverpoolu wiadomo nie od dziś, więc nikogo nie zdziwiły "Come Together" oraz "Help!". Na dokładkę poszły piosenki Davida Bowiego i Boba Marleya.
Nie obyło się bez krótkich monologów wygłaszanych przez artystę w przerwach między kolejnymi utworami. W tym punkcie programu także panował standard, czyli szerokie rozmyślania i refleksje na temat alkoholizmu i seksu.
Spółdzielnia Literacka ciągle nabiera rozpędu i pozostaje mieć nadzieję, że to tempo nie zostanie w najbliższym czasie niczym przyhamowane. Jest to, jak na razie, jedno z niewielu miejsc w Trójmieście, gdzie można wziąć udział w tak ciekawych koncertach kompletnie za darmo.
Krzysztof Kowalczyk
|