         |
Bartłomiej Wołyniec - “Wirmentacha”

“Wirmentacha” to podręcznikowy przykład na to, że chcieć znaczy móc (nagrać ciekawy debiutancki album).
Nie ma na tej płycie piosenki, która rozwijałaby się w dość przewidywalny sposób. Wszędzie, gdzie próbujemy dorysować sobie dalszy ciąg utworu i jesteśmy pewni, że wejdzie on w zwrotkowo-refrenowy schemat, nasze domysły stają się mylne. Spodziewałem się krążka podobnego do epki “Hypochondriac Queen” - ciekawego sing-songwritingu - a dostałem coś znacznie więcej.
Wołyniec świetnie sobie radzi nie tylko ze śpiewaniem w wysokich rejestrach, ale i komponowaniem. “I Wanna Be” zaczyna się od wrzaskliwego wokalu (nasuwającego skojarzenia z Sigur Rós), lecz ten trop szybko się urywa, bowiem 3/4 utworu to świetna, grana na pianinie melodia, do której dołączają przesterowany bas i gitara. “Our Scares” z kolei, przynosi gitarowy motyw, który momentalnie kojarzy się z klimatami reggae, połączony z… połamaną rytmiką automatu perkusyjnego. Największe wrażenie robi “It Is Representing The Force Of The Milions Birds Eaten By The Cats”, czyli kompozycja w stylu - nie przesadzam - Fuck Buttons, w którym zapętlonemu sprzężeniu towarzyszą dźwięki pianina.
Druga połowa “Wirmentacha” jest bardziej piosenkowa. Artysta znalazł sposób, aby przełamać banał grożący poszczególnym kawałkom. W “Sympathy” dla odmiany prowadzącym instrumentem jest bas. Piosenkowej formule towarzyszą nieszablonowe rozwiązania. Bardzo podoba mi się brzmienie płyty - surowe, garażowe, bez zbędnych wygładzeń i ingerencji, miejscami bardzo przypomina solowe dokonania Johna Frusciante. Zresztą podobnie jak na płytach Frusciante, także tutaj dominuje gęsta i mocno psychodeliczna atmosfera.
Bartłomiej Wołyniec zrobił wielki postęp od czasów epki, szlifując swój własny, bardzo wyrazisty styl. Na “Wirmentacha” obok wyjątkowego, czterooktawowego wokalu równie ważna jest warstwa instrumentalna, wręcz kipiąca od świeżych pomysłów. I tak oto otrzymaliśmy kandydata na najbardziej zaskakujący debiut roku.
Krzysztof Kowalczyk

|