„Where is the brigde?”, czyli Mitch&Mitch najechali Gdynię



Mitche ponownie dzielą i rządzą. W zeszłą sobotę maestro Moretti znów miał szansę pokazać jak pięknie dyryguje swoim big bandem, w złowieszczej i siejącej zniszczenie wersji combo. A Macio robił to w wyjątkowy dla siebie sposób, masakrując statyw, zabawiając zebranych konferansjerką i rozkazując James Boned Mitchowi grać westernową solówkę. Hasłem wieczoru było rzucone z publiczności "Don't be shy!", które lider kierował potem ku poszczególnym członkom mitchowskiego gangu, aby dodać im bojowego animuszu.

Jednakże u Mitchów nie tylko sfera cyrkowo-wizualna stoi na wysokim poziomie. Ich zdolności psycho-ruchowe, objawiające się w graniu na różnorakich instrumentach, także dały o sobie znać. To, co najbardziej rzucało się w małżowiny uszne, to większe i znacznie efektowniejsze wykorzystanie sekcji dętej. Tym razem nie była ona, tak jak na poprzednich koncertach, jedynie dodatkiem - trąbki i inne tego rodzaju cuda grały gęsto, będąc niejednokrotnie największą atrakcją utworów. Lecz jeśli wspomnieć, że w skład tej sekcji wchodzi ubrany w pasiasty garnitur rodem z Chicago lat 30-tych Mich The Kid (Tomek Ziętek), to nic więcej tłumaczyć nie trzeba. Kolejnym, który poniewierał publikę swoja wyśmienita muzyczną prezencją, był wibrafonista Cracking' Mitch, przywdziewający elegancką, białą muszkę.

"Żandarm z Saint-Tropez", krótko obstrzyżone francuskie dziewczyny w kolorowych sukienkach i Citroën pędzący gdzieś nad stromymi urwiskami Monte Carlo - to był główny ton, w który Mitche uderzyły w tę styczniowa noc. Ale nie ograniczali się tylko do tego klimatu. Udało im się zahaczyć również m.in. o Meksyk i bałkański kocioł. Zaprawdę, co raz większą moc gang Mitchów posiada, a Macia Morettiego nawet nie wypada nazwać jego hersztem, ale wręcz donem.

Krzysztof Kowalczyk