O początku, dążeniach i efektach, czyli o Dagadanie
z Dagą


Dagadana, fot. mat. prasowe

Dagadana wyrusza w kolejną trasę koncertową, promującą świeżuteńką płytę „Maleńka”. Debiutancki krążek oraz zbliżający się koncert w Plamie stał się świetnym powodem, by porozmawiać o tym zjawiskowym zespole z Dagą – 1/3 zespołu i zarazem jego menadżerką.

ESKAEM.PL: Jakie to wrażenie – trzymać swoją pierwszą płytę w rękach?
DAGA: Ja jej jeszcze nie mam, wiesz? Pewne wrażenia mam z płyty, którą nagrałam wcześniej z Tomaszem Gwincińskim, która nazywała się 'Klub samotnych serc pułkownika Tesko', ale tam mój wkład był niewielki, bo śpiewałam jedynie w kilku utworach. Teraz zajmuję się płytą od A do Z, jest to jakby pierwsze dziecko. Zajmowałam się nie tylko muzyką – nagrywaniem elektroniki, wokalu, ale także produkcją – zacząwszy od okładki, kończąc na tym, by pojawiła się naklejka na folii płyty. Nad wszystkim sprawowałam pieczę. Ktoś mi powiedział, że zwariuję, jak będę chciała się tym wszystkim zajmować, więc część rzeczy powierzyłam ludziom, którym ufam. Jednak wszystko koordynowałam, nic nie działo się bez mojej wiedzy.

E: Musiałaś przejść niezłą szkołę.
D: Bardzo dużo się nauczyłam, przede wszystkim tego, że jeśli człowiek postawi sobie jakiś cel, to za wszelką cenę musi go zdobyć. Nie ma rzeczy nieosiągalnych na tym świecie, wszystko jest do zrobienia. Kwestia tylko tego, jakie ma się wsparcie, ile ma się sił, które są dzięki niemu generowane. Miałam ogromne wsparcie w moich rodzicach. Żyjemy w symbiozie. Wszystkie działania, które poczyniłam przez kilka ostatnich miesięcy, mają na celu między innymi to, by muzyka stała się sposobem na życie, by było mnie stać na to, aby pójść do kina, kupić bilet tanich linii lotniczych i polecieć np. do Madrytu albo na Sycylię i kupić tam paczkę orzeszków, pójść na kieliszek wina. Brzmi, jak bym była totalną materialistką, ale dla człowieka, który wszystkie swoje oszczędności wpakował w nagrania, to troszkę tęsknota za byciem niezależnym, także finansowo. To są plany wobec mojej osoby, ale nie ukrywam, że obecnie największym moim celem w życiu (a środkiem do jego realizacji jest wydanie Maleńkiej) jest możliwość stworzenia mojej przyjaciółce Danie warunków, by mogła zwiedzić trochę więcej świata, niż zwiedziła do tej pory. Dana urodziła się w innym kraju, który jeszcze nie jest na tym poziomie otwarcia granic co nasz. Jest w tym samym wieku co ja, a najdalej była w Berlinie. Chciałabym to zmienić, sama zjechałam całą Europę, jestem z wykształcenia geografem, tak więc zamiłowanie do podróży jest u mnie ogromne. Dana też uwielbia podróżować, ale przez to, że sytuacje wizowe wyglądały tak jak wyglądały, było to dla niej niemożliwe. Teraz ma wizę Schengen, czyli może podróżować po całej Europie, mam nadzieję, że z tym zespołem się to uda.

E: Myślicie o koncertach poza Polską?
D: Graliśmy w Berlinie i naszym marzeniem... może inaczej, celem jest w przyszłym roku, a może jeszcze w 2010, odwiedzić z naszą muzyką minimum 5 krajów. To jest jeden plan. Drugi plan jest taki, żeby zjechać Półwysep Iberyjski, to są takie mikrowytyczne. Ja na przykład bardzo bym chciała pojechać na wschód, do Rosji, bo jeszcze nigdy w życiu tam nie byłam. Bardzo chcielibyśmy zagrać w Moskwie, Dana też nigdy nie grała w Moskwie, więc dlaczego by nie? Myślę, że praca powinna łączyć przyjemne z pożytecznym, więc przyjemnym niech okaże się to, że pojedziemy do Moskwy, a pożytecznym to, że pokażemy troszeczkę kultury polskiej i ukraińskiej. Co ciekawe, kultura ukraińska niekoniecznie jest tak kochana w Rosji. Jesteśmy ciekawi, jak zostanie tam odebrana. Bardzo widać to już w stolicy Ukrainy, Kijowie, gdzie idąc ulicą i pytając o drogę, zadając pytanie w języku ukraińskim, byliśmy strofowani przez mieszkańców Kijowa, by nie mówić po ukraińsku, którego niby nie rozumieją, że - proszę bardzo - możemy mówić po rosyjsku, po polsku, ale nie po ukraińsku.

E: Przepraszam, w Kijowie nie rozumieją po ukraińsku?
D: Oczywiście, że rozumieją! Udają, że nie rozumieją, jest to tak zrusyfikowane miasto. Nasi znajomi z Kijowa też mówili po rosyjsku, nie mówili po ukraińsku.

E: To ciekawe, u nas w Polsce chyba mało się o tym mówi.
D: Im dalej na wschód, tym bardziej czuje się Rosję, a nie Ukrainę.

[Rozmawiamy przez skype. Jestem w Gdyni, Daga w Poznaniu. Przerwa. Dagmara musi otworzyć drzwi, okazuje się, że pukał do nich śmieciarz. Konwersację wznawia Daga.]

D: A propos płyty, wywóz śmieci – świetny pomysł na tytuł piosenki, muszę sobie zapisać.

E: Teraz cofnijmy trochę czas, jak się poznaliście? Skąd się wzięła Dagadana?
D: Niezbadane są wyroki boskie. Można powiedzieć, że spotkaliśmy się przez przypadek, ale ja myślę, że to jest jakieś, zwał jak zwał, niektórzy mówią, przeznaczenie, inni mówią karma, inni mówią po prostu wola nieba – ja jestem skłonna mówić, że to jest wola nieba. Było to tak. Byłam, jestem i będę wielkim fanem zespołu Voo Voo. Mam w swojej płytotece, oprócz tego, że prawie wszystkie płyty Voo Voo, również płyty, które nie zostały wydane – bootlegi, nagrania z różnych koncertów ze stołu mikserskiego. Jeździłam na wiele koncertów, udzielałam się na forum, wraz z innymi fanami spotykaliśmy się nie tylko na koncertach i słuchaliśmy muzyki, szykowaliśmy różne fanowskie akcje. Dowiedziałam się, że mój ulubiony basista, Karim Martusewicz, prowadzi warsztaty basowe w Krakowie i pomyślałam sobie, że to jest świetna możliwość, aby być bliżej mojego idola. No ale jako że nie gram na basówce, no i nie zdołałabym się niczego na basówce nauczyć, to popatrzyłam, jakie są tam jeszcze inne sekcje. No i patrzę, jest sekcja wokalu. Wtedy już śpiewałam, ale z jazzem nie miałam wiele wspólnego. Nie znałam większości standardów. Nie śpiewałam jazzu, choć lubiłam improwizację, nie myślałam jednak, że jest ona w moim przypadku na jakimkolwiek poziomie. Pojechałam, strasznie się bałam wystąpić, bo widziałam dziewczyny podczas wstępnych prezentacji, śpiewały piosenki, których w ogóle nie kojarzyłam. Wyszłam i po prostu zaimprowizowałam. Zwróciła na mnie uwagę Dana. Podeszła do mnie i powiedziała: bardzo fajnie improwizujesz. Dla mnie to było wyróżnienie, bo gdy słyszałam Danę, to dla mnie było wręcz zjawiskowe śpiewanie. Ona już wtedy zajmowała się improwizacją jazzową. Wtedy pojawiła się przyjaźń między nami. Dana była wówczas w grupie z Mikołajem, jeśli chodzi o kombo, i występowali wtedy razem na koncercie finałowym. Po roku pojechałam na te same warsztaty, przyjechał też Mikołaj, przyjechała też Dana. Nikt z nas nie myślał wówczas o tym, by w ogóle stworzyć jakiś zespół. Nie przychodził nikomu do głowy nawet taki pomysł, bo: raz - po co, dwa - jaką muzykę tworzyć, a trzy – to chyba logiczne, tu Lwów, tu jest Częstochowa, a tu Poznań. To się nie klei. Natomiast z innymi kolegami z tych warsztatów założyłam zespół. Pewnego dnia postanowiliśmy pojechać odwiedzić znajomych na Ukrainę. Pojechałam. Spotkałam się z Daną. Okazało się, że Dana dostała stypendium naszego Ministra Kultury 'Gaude Polonia'. Półroczny pobyt w Warszawie i nauka wokalu u pana Janusza Szroma. Jak to usłyszałam, zapaliła się taka zielona lampka (dinnng) i mówię sobie: no nie, to halo, o co chodzi, to przynajmniej możemy tak sobie się spotkać, pobawić, pośpiewać. Danę zaczęło interesować to, że zaczęłam używać do przetwarzania głosu różnych didżejskich sprzętów. Przyjechała do Polski, spotkałyśmy się. Na pierwszej próbie powstało chyba 12 kawałków naraz, oczywiście po drugim dniu już nic nie pamiętałyśmy. Byłyśmy jednak szczęśliwe, że tak szybko nam te kawałki idą. Po kilku próbach zadzwonił do nas Karim Martusewicz. Powiedział, że słyszał, że spotykam się z Daną, że coś tworzymy. Potwierdziłam, że się spotykamy, że coś sobie gramy. Zaproponował nam, byśmy zagrały w duecie do filmu niemego w Coffee Karmie, miałyśmy na przygotowanie dwa dni. Pomyślałam sobie: raz – że nie grałyśmy, nie występowałyśmy nigdy razem, dwa – że co by tu zrobić, jaki film udźwiękowić. Spytałam Danę, co sądzi. Okazało się, że nie mogła się spotkać następnego dnia, więc został nam jeden wieczór i rano w dniu koncertu. Zdecydowałyśmy, że zrobimy to. Wybrałyśmy film 'Godzilla – Król potworów' z 1954 r. , film, który: po pierwsze, nie jest niemy, więc skoro nie jest niemy, to wyłączyliśmy do niego dźwięk, po drugie, jest to film, który nie trwa 20 minut, 10 czy nawet 5, jak filmy z Charlie Chaplinem, tylko trwa godzinę osiemnaście.

E: Do godziny osiemnaście zrobiłyście muzykę?
D: Zrobiłyśmy godzinę osiemnaście. Na projekcji filmu był Karim, była jego żona i było jeszcze parę innych osób wiele dla nas znaczących. Cały film się trzęsłam, nogi poruszały się jak galareta. To było moje pierwsze poważne wystąpienie. Było to wydarzenie wyjątkowe również dlatego, że pierwszy raz występowałam wówczas z elektroniką. Myślałam sobie: Boże, to się nikomu nie spodoba, że to jest tak porąbane, że koniec świata. Po koncercie podszedł Karim i z entuzjazmem mówi: Świetnie! Niesamowite uczucie – po koncercie podchodzi do mnie mój idol i mówi, że mu się podoba. Z drugiej strony odczucie, że polsko-ukraińska współpraca może się podobać… Stwierdziłyśmy z Daną, że to jest to. Zdecydowałyśmy, że musimy pokazywać się z naszymi piosenkami. Pierwszy koncert w duecie był w Krakowie, bo gdzieżby indziej, w klubie, w którym śpiewałyśmy podczas jam session w trakcie naszych warsztatów. Potem były kolejne warsztaty w Krakowie, z tym że już na tych warsztatach zagraliśmy koncert jako Dagadana. No i jakoś tak się potoczyło. Na nasz kolejny koncert, w Centrum Sztuki Współczesnej, a właściwie w kawiarni Okna, zaprosiliśmy Mikołaja. Po występie podszedł do nas pan z AlterArt i zaproponował koncert na Heineken Open'er Festival. I to był chyba właściwie nasz pierwszy koncert z Mikołajem, jako trio. Często się myliliśmy, wszystko było w rozsypce, no ale zaproszenie na Open'era uświadomiło nam wówczas, że to, co robimy, jest jak najbardziej słuszne.

E: Zapewne dalej tak uważacie, właśnie wydajecie 'Maleńką'. Coś Was teraz szczególnie upewnia w tym, że jesteście na dobrej drodze?
D: Tak. Teraz najważniejszym, zielonym światłem, które nas utwierdza w tym, że grając robimy dobrze, jest różowy znaczek na naszej płycie, który symbolizuje Program III Polskiego Radia. Jest to wyróżnienie, o którym nawet nam się nie śniło, a teraz to wszystko się dzieje. Może to wszystko trochę tak bajkowo brzmi, ale też tak bajkowo się dzieje. Może nie jest nam bardzo łatwo, ale … przed nami padały kolejne kłody, musieliśmy pokonać bardzo duży szereg trudności…Teraz już możemy sobie pozwolić na podróżowanie samochodem, ale wcześniej cały czas podróżowaliśmy PKP i wyglądaliśmy naprawdę jak kosmici. Nie dość, że wchodziliśmy do wagonu z kontrabasem, często też ze wzmacniaczem, to jeszcze klawisz plus duża walizka elektroniki, jeszcze jakieś plecaki, walizki z ciuchami, nasza trójka i statyw do klawiszy. Naprawdę wyglądaliśmy jak banda przybyszów z planety DD. Było ciężko. Później wyładunek, taksówka. I tak w kółko. Było też wiele sytuacji, gdzie wylały się łzy. Zastanawialiśmy się nad tym wszystkim, czy to faktycznie ma sens. Nie chodziło o to, czy sens ma nasze granie. Zastanawialiśmy się, czy damy po prostu radę, czy podołamy wszystkim trudnościom, przede wszystkim finansowym. I tu właściwie, rada dla wszystkich zespołów, które chcą się przebić, trzeba wiedzieć, że należy zainwestować wszystkie oszczędności w to, żeby nagrać epkę i tą epkę rozdawać dziennikarzom, dać np. panu taksówkarzowi i pani w aptece, i ludziom, z którymi podróżuje się pociągiem. Z muzyką trzeba jakoś dotrzeć do ludzi. Czasem dopiero teraz wraca do nas echo naszych wcześniejszych starań, bo dostaję maile typu: cześć, pamiętasz, poznaliśmy się w pociągu, dałaś mi Waszą epkę. Widziałam, że gracie w Szczecinie – przyjadę. Świetne jest to, że wciąż spotykamy na swojej drodze ludzi, którzy chcą nam pomóc zrealizować marzenia. To brzmi może strasznie infantylnie, ale tak się dzieje, w momencie kiedy jesteś człowiekiem otwartym. Kiedy bardzo chcesz spełnić swoje marzenia, które nie wiążą się z tym, że masz kogoś zranić, wzbogacić się kosztem jakiejś innej osoby, to wszystko jest do osiągnięcia.

E: Trzeba mówić światu, czego się chce?
D: Każda forma krzyku jest wyrażeniem Twojego bólu i jeżeli krzyczysz głośno, to więcej osób Cię usłyszy. Gdy krzyczysz w zamknięciu, to Twoje szanse troszeczkę maleją, niemniej jest to też nadal krzyk. Byliśmy zauważani w różnych sytuacjach. Staraliśmy się, czasem nam to wychodziło, czasem nie i w różnych sytuacjach nam pomagano, nawet wtedy, kiedy to był taki niemy krzyk. Teraz dużo młodych ludzi do mnie pisze z zapytaniem, czy chciałabym zostać ich menadżerem, co mają robić itd. To już nie jest świat Opola, ani Sopotu, to już nie są te festiwale… Po prostu, to nie są już jedyne miejsca, w których muzyk może się wybić. Teraz jest taka konkurencja, jest taka dostępność do muzyki – choćby myspace. Każdy może się pokazać, a tych każdych jest coraz więcej. Dziennikarzom nie chce się szukać, bo zespołów jest po prostu za dużo, więc do dziennikarza trzeba dotrzeć. My taką strategię przybraliśmy. Skąd dziennikarze mają wiedzieć, że zespół istnieje? Trzeba zrobić wszystko, by dostali epkę. Jeżeli się im spodoba, to świetnie. Jeżeli napiszą, że jesteśmy jakimś fatalnym, quasi-nie-wiadomo-czym, to może przynajmniej ktoś przeczyta o nas, że jesteśmy do kitu i zechce posłuchać, by to zweryfikować i może jednak zmieni zdanie. Przecież nie musimy podobać się wszystkim.

Cieszę się, że wreszcie mogłam pokazać tzw. figę z makiem tym, którzy mówili od początku, że ten projekt jest bez sensu, że to się nie uda, bo… Po pierwsze, zobaczcie, ile Was dzieli kilometrów. Po drugie, język ukraiński, kto będzie chciał tego słuchać… Ty jesteś głupia, śpiewajcie tylko po polsku. Ja mówię: O NIE, sorry very!

Mój dziadek, kiedy jego życie chyliło się ku końcowi, często opowiadał, skąd pochodzi, że urodził się w Polsce , że teraz są to tereny Ukrainy. Okazało się, że urodził się w tym samym mieście, w którym urodziła się Dana. Dlatego uważam, że moje spotkanie z Daną było gdzieś tam zapisane. Być może ta nasza bajka, z licznymi rzucanymi pod nogi ciężkimi kłodami, ma być przykładem dla innych, mówić, że trudniejsza droga też może prowadzić do celu. Na początku założyliśmy sobie, że będziemy koncertować, a teraz najbliższy koncert w Krakowie będzie naszym 50-tym koncertem jako trio. Jeżeli to się udało osiągnąć, to jeśli teraz wymyśliliśmy sobie, że chcielibyśmy zagrać na Sycylii, to wcale nie jest to jakiś głupi wymysł. Teraz trzeba po prostu tak zrobić, aby na tej Sycylii zagrać. Dana powiedziała mi jedną rzecz, która do teraz wierci mi dziurę w brzuchu, że chciałaby pojechać też do Anglii. Zagrać tam, zobaczyć Londyn itd. Dostać wizę do Anglii nie jest łatwo (wiza Schengen nie obejmuje Anglii), jest to generalnie arcytrudne, graniczy wręcz z cudem, więc jeśli coś graniczy z cudem, to jest to dla nas wyzwanie. Chcę to, Panie i Panowie, w tej chwili ogłosić, w tym roku zagramy w Anglii.

E: Jak się trafia do Trójki? Jak zostaliście oznaczeni Trójkowym Znakiem Jakości?
D: Oczywiście zapłaciliśmy milion dolarów!... Po prostu wysłaliśmy tam epki. Najpierw zauważył nas Grzesiek Zembrowski, którego nazywamy jednym z trójkowych tatusiów, to on puścił nas w Mikrokosmosie. Potem odczuliśmy bardzo silne wsparcie ze strony pana Piotra Barona i pana Roberta Kantereita. Pan Piotr Baron dodał nas jak propozycję do listy przebojów, co było naszym wielkim zdziwieniem, a pan Robert Kantereit zaprosił mnie do prywatnej kolekcji Artura Orzecha, gdzie przez 2 godziny puszczałam muzykę przyjaciół, to było niesamowite, mistyczne przeżycie. A Trójka, tak naprawdę, zauważyła nas na Heinekenie, choć już wcześniej dostali epki. Podczas festiwalu, w dniu naszego koncertu przechodziliśmy obok trójkowego wozu transmisyjnego. Postanowiliśmy podejść do ekipy Trójki i zaprosić serdecznie na nasz koncert. Heineken jest Heinekenem, i to że my tam gramy, to jedno, a drugim jest to, że dziennikarz z dużej ilości koncertów musi wybrać, na co pójść. Podeszliśmy po prostu przypomnieć się. Przy okazji przeprowadzono z nami wywiad, więc byliśmy wtedy też na antenie Trójki.

E: Na kartce ze wstępnymi pytaniami zanotowałem sobie właściwie anty-pytanie, brzmi ono tak: nie będę się pytał o muzyczne przyporządkowanie Dagadany, bo tego nie da się zrobić.
D: To jest właśnie cholernie ciężka rzecz. Jako muzyk mogę się od tego pytania odciąć, a jako manager nie powinnam od tego pytania uciekać. Za każdym razem dziennikarzom muzycznym, którzy zadają mi pytanie: to co Wy gracie, odpowiadam: no wiesz, ja się na tym nie znam, muzykologiem nie jestem, ale np. możesz zapisać, że gramy trochę elektroniki - bo gramy, wpływy folkowe są? Są. Wpływy jazzowe też są, my po prostu uprawiamy improwizację. To nie jest improwizacja stricte jazzowa, ale bardzo jazzująca, przecież poznaliśmy się na warsztatach jazzowych. Sposób wyrażenia swoich pomysłów przez improwizację jest dla nas naturalny, a każdy z nas wyraża tę improwizację inaczej, np. Dana solówkami bardziej klasycyzującymi czy folkowymi, Mikołaj jest bardziej osadzony w stricte jazzie i kocha funk, a ja właściwie cały czas dojrzewam muzycznie, bo wychowana jestem na muzycznym chłamie. Tańczyłam w formacji dyskotekowej, więc słuchałam muzyki disco. Często podkreślam, że Boys Boys Sabriny to jest świetny utwór i bardzo go nadal lubię, ale… słucham też z wielkim skupieniem np. Mingusa, a na mojej półce płytowej znajdziesz też mojego ulubionego trębacza Andrzeja Przybielskiego. Mam tam jednak także prezent – płytę Bravo Hits 27, na której znajdziesz piosenki np. Bloodhound Gang, Faithless, czy Moloko – no ale Moloko się wszystkim podoba... Przekrój jest bardzo duży. Na moim pianinie stoi winyl ulubionego zespołu zagranicznego – Pivot, świetna elektronika. Powiedzmy więc, że ja improwizuję elektroniką.

E: Jak się grało na Openerze i jak oceniasz imprezę jako całość?
D: Open'er dla mnie to jest miejsce magiczne. Z jednej strony, bo można pokazać się bardzo szerokiej publiczności, a z drugiej mogę zobaczyć, dotknąć – troszeczkę jak japoński turysta – zespoły, na których koncerty ciężko byłoby mi się dostać w innym czasie, w innym miejscu. Ludzie oczywiście narzekają na brak toalet i trochę duży ścisk, bo to akurat mnie też przeraża. Może nie tyle brak toalet, co ten ścisk, ta masa ludzi, która sprawia, że czujesz się jak mrówka-robotnica, no ale świetnie, że coś takiego dzieje się w Polsce. Muzycznie zaczynamy być na mapie Europy, świata zauważani. Pod tym kątem Open'er jest wydarzeniem zjawiskowym, przedsięwzięcie jest ogromne. Osobiście chciałabym kolejne swoje marzenia muzyczne zrealizować właśnie na tym festiwalu, chciałabym tam zobaczyć moich ulubionych wykonawców. Wiem, że to jest całkiem realne, i czekam na Jamie Lidell'a. Czekam też na polskie zespoły, które kocham, np. nie wyobrażam sobie, żeby w tym roku albo w przyszłym nie wystąpił na Open'erze zespół Baaba, bo to są cyrkowcy muzyczni z najwyższej półki.

E: Skąd się wzięły zabawki? Pojawiły się w trakcie muzycznych eksperymentów, czy były od początku Dagadany?
D: Zabawki były od początku. Podczas podróży znajdowaliśmy coraz to nowsze, różne, różniste. To się łączy z tym, że ja mam manię wydobywania dźwięków z różnych rzeczy, które nie nazywają się instrumentami. Jeszcze fajniej jest, jak można je przetworzyć przez jakąś elektronikę. Na płycie znajdują się różne odgłosy. Dla przykładu, bardzo chciałam nagrać kabelki – w studio jest takie urządzenie, które nazywa się krosownica, do którego należy wpiąć różne kabelki, aby móc zmiksować ładnie różne ślady. Gdy końce tych kabelków uderzają o siebie, otrzymamy bardzo ładny dźwięk, np. wstęp do jednego z utworów jest nagrany za pomocą tych dziwolągów. Wszyscy, słuchając tego kawałka, mówią, że tam to jakieś szumy są, taki niby deszcz, a to dźwięk wydobyty z kabelków. I o tym wiem ja, teraz to wiesz Ty i być może będą wiedzieć Ci, którzy to przeczytają. Są też różne inne dźwięki, takie jak odgłos dłoni uderzającej o brzuch albo o biust (bit z uderzania o brzuch i biust pod koniec piosenki Świniarz).

E: Gości na płycie jest całkiem sporo...
D: Oczywiście cieszę się z nazwisk osób, które są rozpoznawalne szerszemu gronu odbiorców. Osób, które zgodziły się zagrać na naszej płycie, ale to jest tak, że…wszystkie osoby, które tutaj się znajdują jako goście, są trochę tak jak przyprawy, nadają pikanterii całej płycie. Celowo staraliśmy zrobić tak, żeby one nie wiodły prymu, tylko żeby były akcentem na tej płycie. Nie wyobrażaliśmy sobie nagrać tej płyty bez przyjaciół, ale to nie dlatego, że nie wierzymy w swoje możliwości. Tylko dzięki tym ludziom ta płyta mogła zostać sfinalizowana… Wielkie ukłony dla osoby, która występuje w ostatnim utworze: Wacek Węgrzyn – świetny wokalista, który zachęcił mnie do śpiewania (to był pierwszy zespół, w którym śpiewałam w chórkach, zespół The Ślub z Bydgoszczy), na płycie gra też Szymon Piguła, który gra w Tangu na akordeonie, Gabriela Kulka, która dograła partię klawinetu w Akademii, gra także Karim Martusewicz na pile, znajduje się tam fantastyczna sekcja dęta w składzie Tomasz Duda, nastoletni trębacz Mikołaj Kubicki, Marek Pospieszalski. Dana rapowała na ostatniej płycie Afro Kolektywu – 'Połącz kropki' i nie wyobrażaliśmy sobie, żeby nie zaprosić do udziału naszego ukochanego rapera – w piosence Dagadana rapuje Michał Hoffmann vel. Afrojax. Czy kogoś pominęłam…oczywiście na płycie znalazł się też nasz producent Remek Zawadzki, który gra na instrumentach perkusyjnych i programuje bębny, na telefonie komórkowym i na szczurze fluorescencyjnym zagrał Błażej Domański – nasz realizator i współproducent. No i pan Jarek Zawadzki na fisharmoni.

E: Czy planujecie zagrać na którymś z letnich festiwali?
D: Oczywiście, że chcemy zagrać na festiwalach, czekamy na zaproszenia. Chciałabym, byśmy zagrali na Off Festivalu, a na pewno będziemy grali na festiwalu Inne Brzmienia w Lublinie - bardzo chciałam tam zagrać, już dostaliśmy zaproszenie.

rozmawiał Marek Rogala